Miłość Eucharystyczna

 

Miłość eucharystyczna
Część 4

 

„Czyż serce nasze nie pałało w nas?”  / Łk.24,31 /

Chryste Panie! Gdy przedłużam chwile przed Tobą, utajonym pod postaciami Chleba, to wtedy najwięcej uderza mnie Twoja cicha Obecność między nami, i ona to pobudza mnie do refleksji. Wszak Ty nie tylko trwasz – jakoby biernie – tutaj wśród nas... Twoja bowiem Obecność jest pełna gotowości jednoczenia się z nami na każdą chwilę naszego życia – na pracę i odpoczynek, na radość i smutek, na zwycięstwa i klęski – aby tylko wesprzeć naszą ułomność i napełnić nasze życie Swoim Boskim pierwiastkiem... przepoić je najczystszą Miłością... poddać je pod prawo Boskiej Sprawiedliwości i Miłości. Ta Twoja gotowość posuwa się tak dalece, że zstępujesz do dusz gorejących miłością, oziębłych, a nawet zimnych i tkwiących bez reszty w doskonałości... że dajesz się pożywać dobrym i złym.. że pozwalasz obnosić się w procesjach drogami, które ludzie wybierają, lub na które pozwalają, że zgadzasz się na to, aby niesiono Cię do każdego mieszkania ludzkiego bez względu na to, czy jest ono na poddaszu lub w suterenach, w chacie czy komfortowej willi

Ta Twoja gotowość stała się już dla mnie czymś tak oczywistym i naturalnym, że nawet nie zastanawiałem się nad tym, że częsta – nawet codzienna – moja Komunia św. została poniekąd właśnie nią wywołana. Swego czasu usłyszałem głos Twój: „Pójdźcie do mnie wszyscy... Kto pragnie, niech przyjdzie do mnie, a pije... i uległem Jego czarowi. Najpierw ostrożnie, a potem coraz śmielej zbliżałem się do Ciebie, przekonując się w sposób po prostu namacalny, że faktycznie trwasz wśród nas w nieustannej gotowości dawania nam Siebie i napełniania nas ogniem Bożej Miłości, którego jesteś niezgłębioną Skarbnicą.

Czy jednak Twoja gotowość, z której tak obficie i często korzystam nie zobowiązuje mnie do wzajemności? Czy przypadkiem dopiero Twoja i moja gotowość na wzajemną wymianę nas całych nie jest w stanie przemienić mnie? Ty dajesz mi się cały, aby podjąć ze mną trud życia doczesnego – trud powrotu do Ojca i świadczenia o Nim całym życiem.

Ale czy ja daję się Tobie cały, abyś miał we mnie pełną swobodę i wolność działania?

Chryste! Nieraz – pełen rozżalenia – skarżę się, że mimo częstej – codziennej – Komunii św.,  moim życiu nic się nie zmienia, ani nic się nie dzieje... że miłość raczej wygasza we mnie, niż rozpłomienia się...że czuję, jak staję się istnym popieliskiem wielkich nadziei, planów i zamierzeń. Co jest przyczyną tego?.....

„Kto trwa we mnie, a ja w nim, ten wiele owocu przynosi”.

Jezu! W tej chwili poczynam już pojmować przyczynę tego. To nie Ty jesteś nią – chociaż nieraz przychodziły mi nawet takie zuchwałe wątpliwości. Wszak Ty jesteś wiecznie płonącym ogniskiem najczystszej Miłości! – Przyczyna tego stanu rzeczy tkwi we mnie... leży w tym, że ja, obdarzony przez Ciebie wolną wolą, mam poniekąd w pewnych wypadkach przewagę nad Tobą.. i mogę wybrać siebie, a odrzucić Ciebie; wybrać swoje zamysły i usiłować podporządkować Ciebie swoim planom; wybrać swoją egoistyczną ideę „ubóstwienia” siebie i porywać się na używanie Ciebie jako środka do realizowania swoich celów. Oczywiście, że spotykam się z klęską... znajduję się pustym i wyjałowionym z wszelkiej miłości, oraz jeszcze bardziej uwikłanym w doczesności.

Panie Jezu Chryste! Smutna to przewaga, ale niestety jakże często prawdziwa! W niej to znajduję wytłumaczenie tego, że przyjmowane przeze mnie Sakramenta św. – owe ustanowione przez Ciebie przepotężne środki poświęcenia mnie Bogu przez Ciebie i w Tobie mocą Twojej zbawczej dla mnie śmierci – decyzją swojej woli czynię bezowocnymi dla siebie i niweczę w sobie ich działalność. I tak: miast być wyznawcą i członkiem Twoim, do czego powołałeś mnie przez Chrzest, usiłuję być z własnej woli wyznawcą takich, czy innych idei lub poglądów, sprzyjających mojemu egoizmowi, próżności, czy chęci użycia, stając się już nie tylko członkiem, ale wprost niewolnikiem doczesności, której oddaję się z ciałem i duszą... Miast być Twoim żołnierzem – świadkiem, wybranym przez Ciebie i umocnionym na Bierzmowaniu do zaszczytnego świadczenia o Tobie i do zwycięskiego boju o Królestwo Sprawiedliwości i Miłości Bożej, z własnej decyzji dezerteruję i oddaję się walce  o sprawy czysto doczesne – walce, w której rządzą prawa pychy, nienawiści, chciwości, zazdrości, gniewu, zemsty, duchowego bumelanctwa i brakoróbstwa... Miast iść Twoimi śladami i poddać się bez reszty Woli Ojca, odwracając się w Sakramencie Pokuty od swoich błędów i spaczonego egoizmem myślenia, z własnej woli po prostu symuluję pojednanie się z Ojcem, ponieważ trwam nadal w swoim egoizmie, uważając się jednak za doskonałego – bo przecież spowiadam się i korzystam z Twoich krwawo wysłużonych dla mnie zasług...

Miast żyć z Tobą, w Tobie i przez Ciebie po tak realnym i życiowym zjednoczeniu się z Tobą w Komunii św., żyję nadal tylko sobą, gubiąc Cię przy lada okazji – nieraz  tuż po wyjściu z kościoła a czasem nawet zaraz po przyjęciu Cię pod postaciami Chleba...

Panie Jezu Chryste! Zaprawdę jakże mało czynię, abyś Ty żył we mnie. Jakże opornie poddaję się Tobie i przejmuję się tym, do czego mnie powołujesz! Jakże mało czasu poświęcam Tobie, Który poświęcasz nie jedną czy dwie godziny, ale cała wieczność! Jakże skąpy jestem w obdarzaniu   Cię czystą Miłością, chociaż Ty nie znasz granic w miłowaniu mnie! Jakże jestem niedbały w przygotowywaniu się na przyjęcie Ciebie, chociaż Ty dajesz  mi sie cały z Ciałem i Krwią, Bóstwem i Człowieczeństwem! Jakże trudno przychodzi mi przejąć się Twoim duchem, chociaż Ty tak dalece przejąłeś się moim nędznym stanem, iż dla ratowania mnie przyjąłeś postać sługi i stałeś się posłusznym aż do śmierci krzyżowej, a teraz zstępujesz do mnie, aby znosić za mnie upalenie dnia każdego!

Chryste! Oto cała prawda o mnie, przystępującym do Uczty, podczas której karmisz mnie Sobą . Wiele -–bardzo wiele –nie dostaje mi! Zwykle zaczyna się od tego, że brak mi skupienia ducha – brak mi skoncentrowania uwagi na prawdzie iż Ty, żywy i prawdziwy, jesteś przede mną i zamieszkujesz we mnie... brak mi szczerej woli przyjęcia Ciebie takim, jakim jesteś...wolę bowiem wyobrażać sobie Ciebie „po swojemu”. Powód tego? Nie chce oderwać się od swoich złudnych marzeń i dumnych myśli, oraz od chęci narzucania Tobie swojej woli, abyś zaakceptował to, z czego ja nie chcę zrezygnować na rzecz uczestnictwa w Twoich tajemnicach... O Jezu! Poczynam już pojmować, czym jest skupienie ducha. Być skupionym, to być wolnym od siebie! Skupiać się, to uwalniać się od siebie, a oddawać się Tobie!

Za brakiem skupienia idzie roztargnienie, na które często narzekam i oskarżam o nie wszystko i wszystkich, począwszy od gry świateł i kolorów w kościele, a skończywszy na człowieku, klęczącym obok mnie. Pomijam natomiast swoje niesforne myśli, które jak błędne ogniki wodzą   mnie po manowcach tysięcznych obrazów z życia – tak tych, które tam miały miejsce, jak i tych, których nigdy nie było i nie będzie. Moje bowiem roztargnienia to w gruncie rzeczy to nic innego, jak tylko kurczowe trzymanie się – jak jakieś deski ratunku – siebie samego i doczesności; to gorączkowa żądza  liczenia głównie na swoje siły;; to otwarcie swojej duszy na przyjmowanie wszystkiego, co jest z zewnątrz; to po prostu istny przeciąg, wywołany przeze mnie wyostrzeniem moich zmysłów na odgłosy świata...to przeciąg, który zaśmieca moją duszę zewnętrznością. I jakże w tym wewnętrznym bałaganie mogę znaleźć czas i miejsce na rozmowę z Tobą  - Cały przeto ów  osławiony brak skupienia ducha i roztargnienie to nic innego, jak mój egoizm, wywołujący niedbalstwo i oziębłość w przyjmowaniu Ciebie i Twoich natchnień.

O Chryste Panie! Szczerze boleję nad tym stanem rzeczy w sobie. Oto teraz stoję nad sobą samym z politowaniem – bo na co innego nie zasługuję. Olśniony zaś światłem poznania, które Sam udzielasz mi , pragnę za wszelką cenę oderwać się od siebie: pożądam oczyścić się z nieuporządkowanych egoistycznych pragnień, wykluczających poprawny tok mojego myślenia i nie dopuszczających  do głosu Twoich wezwań, skierowanych do mnie.

W pokorze ducha wyznaję, Panie Jezu, że zaniedbania moje na tym odcinku są bardzo wielkie. Nic przeto dziwnego, że skutki ich odczuwam boleśnie jako rozdarcie sięgające głębi mojej jaźni. Wiem, że nie zdobędę się od razu na to, aby w obcowaniu z Tobą cały czas przejąć się duchem Twoich Świętych, czy zapłonąć ogniem miłości i uwielbienia Ciebie, jakim goreją Aniołowie. Ale szczerze – jak tylko potrafię w tej chwili – i coraz bardziej szczerze z dnia na dzień chcę czynić wszystkie możliwe wysiłki, aby tylko wzbudzić w sobie ducha pobożności – ducha skupienia władz mojej duszy na Tobie, by żyć tylko z Tobą na każdą chwilę i okoliczność... by codziennie coraz pokorniej – w duchu pełnej prawdy o sobie i o Tobie – przyjmować Cię w Sakramencie Ołtarza.

Jezu Chryste! Zmęczony już płytkim życiem z Tobą – tą prawdziwą politowania godną powierzchownością współżycia z Tobą – chcę już skończyć z nią i rozpocząć szczere korzystanie z ożywczego działania Twojej Obecności między nami i z jeszcze bardziej ożywczego karmienia się Tobą – Twoim duchem bezgranicznej Miłości Boga i ludzi. Pragnę już przez coraz bardziej autentyczne – prawdziwe przyjmowanie i jednoczenie się z Tobą w Komunii św. uzyskać na każdy dzień bodaj iskierkę Twojego Boskiego Żaru Miłości! Sam nie dokonam tego! Dlatego Ty, Który Sam jeden jesteś Święty, wspomóż mnie i rozpal me serce ogniem Twojej Miłości!